Gdzieś na krańcu świata: Nowa Zelandia
Bezkresna, szeroka pasma piasku otoczona skałami, na którą nieustannie, raz po drugim, narażają się fale i przekształcają się w wodną parę. Szliśmy wzdłuż brzegu, odczuwając siłę oceanu i korzystając z piękna słonecznego dnia.

Czasem na ten piaskowy plaż przyjeżdżają samochody, ale nie zawsze udaje im się wrócić, ponieważ piasek jest niepewny pod nogami. Dlatego istnieje specjalna pomoc na brzegu – pojazdy, które mogą pomóć w wydobyciu osób z wody.

Jeśli ten wulkan znovu wybuchnie, wszystko żywe na całym wyspie zginie, a lat w tym roku na świecie prawdopodobnie nie będzie. Co ciekawe, o Nowej Zelandii i tym jeziorze pisano również w książeczce „Dzieci kapitana Granta” Juliana Verna.

Na Nowej Zelandii można podziwiać nie tylko tradycyjne wulkany, ale także ścieżką Tama Lakes Trek. Na przykład młody wulkan Ngauruhoe, jeden z najwyższych i najpiękniejszych wulkanów w kompleksie Tongariro – stworzony na podobie wzoru góry Orodruin z „Władcy pierścienia”.
Tu pogoda zmienia się co chwila: najpierw może padać zimny deszcz, potem silny wiatr rozwieje chmury, a w końcu wyjrze gorące słońce. Trzeba więc ciągle zmieniać ubrania, dlatego nie zapomnijcie wziąć ze sobą ciepłe rzeczy.

Ścieżka biegnie wokół jezior Tama – Górnego i Dolnego – a woda w nich, zwłaszcza gdy wyjrze słońce, przyciąga jak magnes. Zanurz się i zapomnij na wszystkie smutki!

Gdy szlakiem będziecie przemieszczać się, nie zapomnijcie zatrzymać się przy pięknej wodospadzie Taranaki Falls – na pewno jej nie ominiecie.

Po chłodnych górach na chwilę powrócimy do południowej części Pacyfiku. W zasadzie podróżowaliśmy w formie zigzaka – z wnętrza kraju na wybrzeże i z powrotem. Jednym z najbardziej nietypowych miejsc, które udało nam się zobaczyć, jest plaża z gorącymi źródłami wody (Hot Water Beach). Dotarliśmy na kemping już późno wieczorem, a nasz przewodnik Dima powiedział: „Pojedźmy po łopaty!” Zdziwiłem się… A jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że musieliśmy wstać o 4 rano, a cel tego wcześniejszego pobudzenia? Jechaliśmy na plażę, by kopać jamy w piasku!
Gdy zadźwiękł budzik i wyszedłem na ulicę, zrozumiałem, że w ogóle nie mam chęci nigdzie iść – było zimno. Czułem się jak Szarik, który razem z wujkiem Fiodorem idzie kopać „skład…”. Noce, zimne powietrze, zimny piasek; łopaty gryzą się w jego grubość… I oto – jamka zaczyna się wypełniać wrzącą wodą, a otaczające powietrze jest wypełnione parą! O, tak właśnie kopujemy basen… Ale kopać głębiej jest bardzo niezwykle nieprzyjemnie – woda jest zbyt gorąca, by w niej stać. I wtedy, od linii brzegu, dobiega głos… Świecimy tam latarką i widzimy mężczyznę, który bawi się w swojej małej, samodzielnie wykopanej „gorącej wannie”. Okazuje się, że trzeba kopać nieco dalej – w miejscu, gdzie pod piaskiem znajdują się dwa źródła gorącej i zimnej wody; w jamce one się mieszają, więc jest tam bardzo wygodnie.
Gdy słońce zaczęło wychodzić, już prawie wszystko było gotowe… Nagrzane ciała biegły, by zanurzyć się w chłodne wody oceanu i znowu wyjść.

A czemu w ogóle trzeba było wstawać tak wcześnie? Sprawa w tych przypływach i odpływach – źródła gorącej wody można znaleźć blisko brzegu tylko dwie godziny przed i po odpływie, gdy zimny ocean odstępia… A dokładne miejsce dla kopania znajduje się nieopodal skały w wodzie. Czas zmienia się co dzień, więc trzeba sprawdzić rozkład.
Gdy słońce wzeszło i oświetliło zielone wzgórza, nasza jamka została już wypełniona wodą oceanu… I ruszyliśmy dalej.

Nasza droga prowadzi na Półwyspę Koromandel, do plaż, na których kręcono „Hroniki Narnii“. Przechodząc ścieżką wśród wielkich drzew pochutukaw, schodzimy do zatoki Mares Leg Cove i widzimy wejście do jaskini-tunelu długości sto dwudziestu metrów, zwanej Katedralną Jaskinią. W niej panuje doskonała akustyka, dlatego czasem tu organizują się koncerty.

Obok skały przypominającej żagiel, widocznej z wnętrza Katedralnej Jaskini, znajduje się swoja nazwa – Te Hoho. Zaraz po jaskini znajduje się Zatoka Katedralna (Cathedral Bay), którą rdzenni Maorysi nazywają Te Wanganuí-A-Hey, co w tłumaczeniu znaczy „Wielka Zatoka Hey”.

A ponieważ mowa o filmach, a wy, tak jak i ja, lubicie fantazję, koniecznym punktem wizyty będzie Hobbiton – miejsce, w którym zarówno dorośli, jak i dzieci przenoszą się w świat baśni. Wieś hobbitów, specjalnie zbudowana dla filmów Petera Jacksona „Władca pierścienia” i „Hobbit”.
Wiele małych domków z okrągłymi drzwiami i oknami, rozrzuconych po zielonych wzgórzach Shire. Jak mówi nasz przewodnik, „tu łatwo nauczyć się fotografować otoczenie tak, jakby wokół nie było nikogo”, ponieważ turystyczne grupy przemieszczają się jedna za drugą, ale to nie przeszkadza nam czerpać przyjemność z znajomych krajobrazów.

Domki zbudowano z wielką miłością – to prawdziwa wieś, a nie tylko drewniane dekoracje. Wiele kwiatów i drobnych detali; wygląda, jakby ich mieszkańcy po prostu wyszli na popołudniowy sen albo na rybalkę.

A na koncu drogi dotrzeć można do taverny „Zielony drak”, gdzie można wypić kieliszek piwa lub sidaру, a co najcielesniej – to jest włączone w cenę biletu.

Po haosie i zgiełku Shira pragnie ciszy i spokoju, które można znaleźć w rezerwacie przyrody Hamurana Springs. Tu rosną wielkie sekwoje, przyniesione z Ameryki Północnej ponad sto lat temu. Można też usiąść na brzegu zimnego jezera, którego temperatura zawsze wynosi dziesięć stopni Celsjusza, i oglądać „tańczzące piaski” na dnie.

Praktycznie na najpołudnijszym krańcu Północnego Wyspu znajduje się stolica Nowej Zelandii – miasto Wellington. To najpołudniwsza stolica świata, oddalone mniej więcej trzy i pół tysiące kilometrów od Antarktydy.

Miesto Wellington jest znane wśród rdzennych mieszkańców Nowej Zelandii, Polinezjczyków Maorysów, pod trzech nazwami. Pierwsza z nich to Te Whanga-nui-a-Tara (maorysičkie „Wielka zatoka Tara”). Druga to Pōneke, a trzecia – Te Upoko-o-te-Ika-a-Māui (maorysičkie „Głowa ryby Māui”). Ponadto Wellington ma kilka przydomek: Miasto portu (ang. The Harbour Capital), Wellywood (połączenie nazw Wellington i Hollywood) oraz Miasto wiatrów (ang. Windy City). (Wikipedia)
Z góry Victoria rozciąga się wspaniały widok, ale trzeba pamiętać, że tu często wieje silny wiatr, więc trzeba dobrze zapiąć nakrycia głowy – ja na szczęście nie stracił tu swojej bejsbolki.

Przecież właśnie na stokach góry Victoria hobbiti kryli się przed nazgulami.

W okolicy miasta nie zauważyłem wyraźnie oznaczенego centrum historycznego – to po prostu zbiorczy obraz różnych stylów i kolorów.

Największe wrażenie na mnie zrobiła wystawa w muzeum Te Papa, poświęcona bitwie pod Gallipoli, w której brali udział Nowozelandczycy podczas I wojny światowej. Nie wiedziałem, co tam znajdę, więc ekspozycja po prostu mnie poraziła. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do ciemnej sali, gdzie znajduje się statua żołnierza… Choć czy to w ogóle jest statua?
To ogromna postać człowieka w brudnym ubraniu, buty zniszczone, ręki zranione – na każdym palcu widać wyraźne ślady. Nawet jego spojrzenie wydaje się żywe… A w następnym pomieszczeniu znajduje się jego biografia – gdzie urodził się, gdzie studiował, o czym marzył… Historia ożywa. W muzeum Te Papa znajdują się kilka takich wystaw, i każda z nich sprawia, że serce się ściska.
W muzeum Te Papa znajdują się również wiele ciekawych wystaw o naturze, historii i sztuce – co jest naprawdę przyjemne, bo wejście jest bezpłatne.

W tym mieście, gdy przybyliśmy, odbywał się festiwal muzyczny Homegrown, a po centrum miasta przemieszawała się spora liczba młodych ludzi. W tym momencie ja miał na sobie T-shirt, sweter z fliszu i kurtkę, a oni… no, wy sami widzicie. I to nie jest najbardziej swobodny ubiór. Może oni są przyzwyczajeni do takiej pogody, albo może piękno wymaga poświęć?

Najlepiej oglądać zachód słońca w miejscu zwanym Moa Point, przy zatoce Tarakena. Tam znajdują się bardzo piękne skały, które się zagłębiają w wodę, a nie ma tam tłumów fotografów – prawdopodobnie będziecie tam całkowicie sami.

Wykończeni i zadowoleni, powróciliśmy do hotelu. I wtedy Dima Kozlov zapytał: „A chcecie zobaczyć skamieniałe górskie trolle?” Co mogliśmy na to odpowiedzieć? Oczywiście, że chcieliśmy. Okazało się, że właśnie w Wellington znajduje się miejsce, gdzie oświetiło światło dzienna pierwszy raz po dziecięć lat… te biedne stworzenia, które lubiły jeść mięso gnomów.

Fotografie i tekst:>Źródło
Znajdź najlepszych specjalistów dla swojego projektu
Specjaliści od remontów, budowy i wykończeń gotowi Ci pomóc
Polecane artykuły
Więcej artykułów:
Most wodny: oryginalne inżynieryjne dzieło, przez które przepływają statki
Wyspę, na którą nikt nie może dotrzeć i która nie istniała aż do roku 1963.
Wspaniałe zdjęcia Wenecji z lotu
23 niezwykłe zdjęcia, które skłonią cię do wyprawy po Kanadzie
Jezioro Bonneville: niezwykłe miejsce, gdzie ustanawiane są rekordy szybkości na rzekach
Niezwykłe zdjęcia włoskiego miasta Matera i jego architektury
50 miast, które warto odwiedzić przynajmniej raz w życiu
Artysta przekształca świat rzeczywisty w bajeczne krajobrazy, które nie mogą się znudzić oglądania.